Autor: Amber | Kategoria: Balkan-trip 2011, Relacje | Opublikowano dania 05-01-2012
Z początku wcale nie planowałam wyprawy na Bałkany. Miały być alpejskie wioski, włoskie calzone, francuskie pola pełne kwiatów i karton dzwoniących monet, zarobionych na bańkach mydlanych. Czy żałuję, że było inaczej – nie!
Po tym, jak Bart namówił mnie (nieco siłą, ale jednak) na majówkowy Kotor w Montenegro, zakochałam się w tych rejonach.
Albanię chciałam zobaczyć już od długiego, długiego czasu. Jakoś zawsze była dla mnie czymś zagadkowym i dzikim, co w pewien sposób mnie pociągało. Od maja moje serce należało do Czarnogóry, Macedonia wyszła w praniu, a Grecja „po drodze”. Więc gdy już miałam ustalone (z małą pomocą Google) miejsca, które chcę odwiedzić, należało rozejrzeć się za kimś do pary. Więcej już na Bałkany nie pojadę w kompanii z dziewczyną (a już z pewnością nie do Albanii!) chociażby z powodu zwykłego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego.
Po drodze okazało się, że i Madzi zmieniły się plany na te wakacje i z chęcią wybierze się ze mną na południe. Poszły więc ogłoszenia na fora autostopowe i po wielu kłopotach, niedopowiedzeniach, nagłych wezwaniach na uczelnie, śluby, do lekarzy czy warsztatów samochodowych… Wreszcie ustaliliśmy pary na wyjazd.
Magda i Kuba


Kasia i Kamil


Z.Kamilem historia toczy się jak brazylijska telenowela. Pojechał chłopina do Turcji z zamiarem dotarcia do Armenii czy innej Gruzji, zaś po dwóch tygodniach zawrócił do Polski, a dowiadując się, że mamy wolne miejsce w ekipie i jedziemy w trasę, dołączył do nas dosłownie w ostatniej chwili (ku naszej ogromnej uciesze, gdyż w jego plecaku nigdy nie brakuje jedzenia wszelakiej maści, płynu do prania i mycia naczyń oraz kuchenki turystycznej). A że ręczyć mogłam za niego po naszej zimowej eskapadzie do Pragi, Kasia bez obaw spakowała plecak i już za dwa dni byli razem na drodze ![]()
A mnie do pary trafił się Adam z Łodzi.

O ile historia Kamila to telenowela, w przypadku Adama musiałaby być to powieść sensacyjna, przyprawiająca mnie nie raz i nie dwa prawie o palpitacje serca.
Spotkaliśmy się jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem na parę godzin w Katowicach i pomyślałam – „nie będzie źle”. Hektolitry rozmów na gg i przez telefon później, szukania namiotu, dobierania lekkich i funkcjonalnych ubrań oraz sprzętu, nadszedł dzień poprzedzający nasz wyjazd. Wtedy dowiedziałam się, że Adam miał wypadek samochodowy.
Dzień przed wyjazdem nie mieliśmy już mieć w ogóle kontaktu via komórki, ponieważ swoją stracił podczas zdarzenia. Ale dobra – żyje, jedziemy!
Następnego dnia rano, w momencie, gdy wychodziłam z domu, chcąc złapać stopa w umówione miejsce w Cieszynie dostaję telefon z nieznanego numeru: „Anka, wybiłem zęba. Muszę iść do dentysty, w Cieszynie będę później”. Nie muszę wspominać chyba, że w tej chwili straciłam niemal nadzieję na to, że w ogóle razem pojedziemy i myślałam, że chłopak sobie żarty ze mnie stroi. Ale ok – jeszcze nie ma tragedii. Jadę do Cieszyna.
Czekałam na niego od okolic 16:30. Po czterech godzinach nie dawania znaku życia z jego strony byłam już kompletnie zrezygnowana i pewna tego, ze przyjdzie mi wracać samej do domu skoro świt, ale mój kompan wreszcie się zjawił na przejściu granicznym… nieco po 22:30. Nie wiem, czy bardziej byłam na niego zła, czy bardziej mi ulżyło, że jednak jedziemy.
Dzięki paru godzinom, spędzonym na ławeczce, mieliśmy już umówioną jazdę z polskimi tirowcami o 5 rano na Węgry. Poszliśmy więc niczym ninja na piętro otwartego kantoru i położyliśmy się spać, nie niepokojeni przez nikogo (aż do 4 nad ranem, gdy ochrona zdała sobie sprawę z tego, że śpimy u góry).









plecaki, tworząc prowizoryczną barykadę. Po otwarciu drzwi kabiny, a właściwie przy każdym jej dotknięciu, z ogromnym hukiem spuszczała się woda w zwykłej, wyłożonej aluminium dziurze w podłodze, więc dałyśmy temu spokój i rozłożyłyśmy nasze karimaty w jedynej wolnej przestrzeni, jaka tam była, tuż przy drzwiach kabiny (należy tu wspomnieć, że za każdym razem, gdy chociażby dotknęłyśmy przez przypadek drzwi od kabiny, podskakiwałyśmy na co najmniej 10 cm w górę. Nie chcielibyście być straszeni przez całą noc odgłosem takim, jak ten. Uwierzcie).




Drugiego dnia, podczas zwiedzania długiej, „zakupowej” ulicy Karntner Strasse, prowadzącej do Stephans Platz i katedry, zobaczyliśmy gigantyczne, unoszące się w powietrzu bańki mydlane. Po entuzjastycznej sesji zdjęciowej okazało się, że chłopcy, którzy je robili za pomocą długich kijków od mioteł, są z Polski i zarabiają w ten sposób na wakacyjne wyjazdy.












W Czechach wszyscy nauczyliśmy się tanich zakupów. Mam na myśli TANICH. To tam odkryliśmy, że jeśli wokół brak Lidla lub Tesco, najtańszym marketem jest Billa, i że najtańszym możliwym pieczywem jest chleb tostowy (który był naszym podstawowym wyżywieniem przez całość wyprawy…), a czymś najtańszym do pieczywa jest jakiś wątpliwej jakości jogurt. Potrafiliśmy w sklepie spędzić 45 minut na wybieraniu najtańszych produktów, szperaniu w promocjach, przecenionych pomidorach i innych takich… Nie zapomnę nigdy 1,5 l.wody mineralnej, kupionej za 6 czy 7 koron. W Pradze zaopatrzyliśmy się więc na dalszą podróż, a plecaki zyskały około 2 kg do wagi 
Kto mógł przewidzieć, że chłopaki mieli z sobą rum, kilka piw, my absynt no i tak impreza się rozkręciła, że przegadaliśmy calutką noc, a ja zdrzemnęłam się wtedy może z 20 minut przed budzikiem. Ale za to widziałam przepiękny wschód słońca nad rzeką i komary pogryzły mnie jak nikogo innego. I nauczyłam się niemieckiego łamańca językowego (choć cały czas mylę końcówkę)!







