O Balkan-tripie, czyli jak to się zaczęło

0

Autor: Amber | Kategoria: Balkan-trip 2011, Relacje | Opublikowano dania 05-01-2012

Z początku wcale nie planowałam wyprawy na Bałkany. Miały być alpejskie wioski, włoskie calzone, francuskie pola pełne kwiatów i karton dzwoniących monet, zarobionych na bańkach mydlanych. Czy żałuję, że było inaczej – nie! :) Po tym, jak Bart namówił mnie (nieco siłą, ale jednak) na majówkowy Kotor w Montenegro, zakochałam się w tych rejonach.

Albanię chciałam zobaczyć już od długiego, długiego czasu. Jakoś zawsze była dla mnie czymś zagadkowym i dzikim, co w pewien sposób mnie pociągało. Od maja moje serce należało do Czarnogóry, Macedonia wyszła w praniu, a Grecja „po drodze”. Więc gdy już miałam ustalone (z małą pomocą Google) miejsca, które chcę odwiedzić, należało rozejrzeć się za kimś do pary. Więcej już na Bałkany nie pojadę w kompanii z dziewczyną (a już z pewnością nie do Albanii!) chociażby z powodu zwykłego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego.
Po drodze okazało się, że i Madzi zmieniły się plany na te wakacje i z chęcią wybierze się ze mną na południe. Poszły więc ogłoszenia na fora autostopowe i po wielu kłopotach, niedopowiedzeniach,  nagłych wezwaniach na uczelnie, śluby, do lekarzy czy warsztatów samochodowych… Wreszcie ustaliliśmy pary na wyjazd.

Magda i Kuba


Kasia i Kamil


Z.Kamilem historia toczy się jak brazylijska telenowela. Pojechał chłopina do Turcji z zamiarem dotarcia do Armenii czy innej Gruzji, zaś po dwóch tygodniach zawrócił do Polski, a dowiadując się, że mamy wolne miejsce w ekipie i jedziemy w trasę, dołączył do nas dosłownie w ostatniej chwili (ku naszej ogromnej uciesze, gdyż w jego plecaku nigdy nie brakuje jedzenia wszelakiej maści, płynu do prania i mycia naczyń oraz kuchenki turystycznej). A że ręczyć mogłam za niego po naszej zimowej eskapadzie do Pragi, Kasia bez obaw spakowała plecak i już za dwa dni byli razem na drodze :)
A mnie do pary trafił się Adam z Łodzi.

O ile historia Kamila to telenowela, w przypadku Adama musiałaby być to powieść sensacyjna, przyprawiająca mnie nie raz i nie dwa prawie o palpitacje serca.
Spotkaliśmy się jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem na parę godzin w Katowicach i pomyślałam – „nie będzie źle”. Hektolitry rozmów na gg i przez telefon później, szukania namiotu, dobierania lekkich i funkcjonalnych ubrań oraz sprzętu, nadszedł dzień poprzedzający nasz wyjazd. Wtedy dowiedziałam się, że Adam miał wypadek samochodowy.

Dzień przed wyjazdem nie mieliśmy już mieć w ogóle kontaktu via komórki, ponieważ swoją stracił podczas zdarzenia. Ale dobra – żyje, jedziemy!
Następnego dnia rano, w momencie, gdy wychodziłam z domu, chcąc złapać stopa w umówione miejsce w Cieszynie dostaję telefon z nieznanego numeru: „Anka, wybiłem zęba. Muszę iść do dentysty, w Cieszynie będę później”. Nie muszę wspominać chyba, że w tej chwili straciłam niemal nadzieję na to, że w ogóle razem pojedziemy i myślałam, że chłopak sobie żarty ze mnie stroi. Ale ok – jeszcze nie ma tragedii. Jadę do Cieszyna.

Czekałam na niego od okolic 16:30. Po czterech godzinach nie dawania znaku życia z jego strony byłam już kompletnie zrezygnowana i pewna tego, ze przyjdzie mi wracać samej do domu skoro świt, ale mój kompan wreszcie się zjawił na przejściu granicznym… nieco po 22:30. Nie wiem, czy bardziej byłam na niego zła, czy bardziej mi ulżyło, że jednak jedziemy.
Dzięki paru godzinom, spędzonym na ławeczce, mieliśmy już umówioną jazdę z polskimi tirowcami o 5 rano na Węgry. Poszliśmy więc niczym ninja na piętro otwartego kantoru i położyliśmy się spać, nie niepokojeni przez nikogo (aż do 4 nad ranem, gdy ochrona zdała sobie sprawę z tego, że śpimy u góry).

Wspomnienia i plany

2

Autor: Amber | Kategoria: Bez kategorii | Opublikowano dania 30-08-2011

Trochę czasu zajęło mi dojście do wniosku, że pisanie relacji kilka czy kilkanaście miesięcy wstecz po prostu nie funkcjonuje. Prawdopodobnie dlatego, że mając takie zaległości cały czas przed sobą ma się wizję, że jeszcze tyyyyle powinno się napisać. A potem nie ma czasu, bo albo wciąż jest się w rozjazdach, albo zaczyna się rok akademicki, egzaminy, cokolwiek…

Teraz mocne postanowienie – relacja z Balkantripu 2011 ma się napisać i basta. Bo to, co tam się działo… przerosło nawet wszelkie moje oczekiwania, dotyczące tej podróży.

4 kraje,  6 osób, 10 miejsc, 26 dni, ponad czterdziestostopniowe upały i 1993 zdjęcia.

Ciekawe kiedy zdołam odpowiedzieć na wszystkie e-maile.

Dłuuuga podróż: Wiedeń-Ljubljana-Wenecja 5.08-7.08 (cz.II)

1

Autor: Amber | Kategoria: Bez kategorii | Opublikowano dania 04-07-2011

Po pamiętnym spacerku (aha, akurat…) po Ljubljanie (czyli od spożywczaka do dworca kolejowego), spodnie, bluzka, sweter, adidasy pozostały mokre przez następne 24 godziny. Rada dla wszystkich podróżników: jeśli jest w miarę ciepło i leje, zakładajcie sandały lub japonki. Chyba, że macie gumiaki albo buty z membraną, która zatrzymuje wodę…

W ostatnim wpisie wspominałam o prześladującym nas pechu. Teraz już powoli zaczął nas opuszczać, ale o tym za chwilę.
Z Ljubljany zdecydowałyśmy się pojechać pociągiem do Postojnej, która zdawała się nam na mapie znajdować blisko drogi tranzytowej z Italią i być na tyle małym miastem, byśmy bez problemu trafiły na wylotówkę na nogach w niedługim czasie. Potem żałowałyśmy, że nie mogłyśmy zatrzymać się tam na dłużej, gdyż jak się okazało, mieścina słynęła z kilku jaskiń, które na pewno warto było odwiedzić.

Dotarcie na wylotówkę zajęło nam dobre dwie godziny błądzenia po ze 2 km w te i z powrotem, gdy każda napotkana osoba kierowała nas w inną stronę. Wreszcie, w ciągłym deszczu, złapałyśmy pod rząd kilka aut i wylądowałyśmy w okolicach 19:30 na parkingu niedaleko przejścia granicznego. A tam…

Dwa tiry na polskich rejestracjach!

Nie zastanawiając się długo, podbiegłyśmy do jednego z nich, w których kabinie, jak się okazało, siedziało 4 kierowców. Po krótkiej rozmowie, ten najbliżej nas stwierdził niechętnie, że w sumie jadą do Włoch, ale tylko do Wenecji. Na to my, uradowane, pokazałyśmy kartkę, na której dużymi literami wypisana była właśnie Wenecja. I tak wreszcie los się do nas uśmiechnął.

Już po godzinie rozmowy, przy ciasteczkach, żelkach i jakiejś oranżadzie czuliśmy się wszyscy jakbyśmy się znali lata. Panowie żartowali, przedrzeźniali się wzajemnie i wypytywali nas o szczegóły wyprawy, ale widać było, że do tej pory nie mieli zbyt wielu doświadczeń z autostopowiczami, nic więc dziwnego, że na początku traktowali nas z dystansem. Zapowiadała się naprawdę przyjemna podróż, podczas której wreszcie rozmawiałyśmy w naszym ojczystym języku :)

Najpierw przespałyśmy się na fotelach ze 4 godziny, a potem ruszyłyśmy koło 2 w nocy w stronę naszej upragnionej Wenecji. Droga minęła nam na przeróżnych opowieściach z trasy,  z życia, z planów na przyszłość. Coś niesamowitego, gdy jedzie się w ciemną noc z facetem dwa razy starszym od siebie i opowiada się, tak zupełnie nieskrępowanie, o tym co było i o swoich marzeniach. Tysiąc kilometrów od domu.

Italia powitała nas polami, winnicami i… cudowną pogodą! Gdy tylko otworzyliśmy drzwi kabiny na parkingu „Bazzera”, jakieś 20 km od centrum Wenecji, uderzyło w nas gorące powietrze. Od razu zabrałyśmy się za suszenie naszych rzeczy, a w łazience wzięłyśmy szybki prysznic w umywalce.
Gdy byłyśmy gotowe, a była to 9 rano, chciałyśmy dalej ruszać w drogę, ale kierowcy zaśmiali się i powiedzieli, że nas nie wypuszczą, póki nie zjemy z nimi obiadu. I tak minęły kolejne dwie godziny, podczas których zjechali na stację pozostali z polskiej ekipy ciężarówek, szykując wyśmienity żurek na polskiej kiełbasie i jajkach :) Był prze-py-szny! I nie wiem czy to zasługa świetnej atmosfery, bycia tak daleko od domu i domowych obiadów, czy wreszcie nieziemskich zdolności kulinarnych naszych kucharzy, ale jak zwykle nie znoszę smaku żurku, tak tego nie zapomnę do końca życia. Mniam.

Nigdy wcześniej, w najśmielszych snach nie oczekiwałam, że ktoś może być tak miły i bezinteresowny. To spotkanie będę pamiętać na długo – również moja mama dzięki niemu nabrała wiary w kierowców ciężarówek, gdyż wcześniej opierała się tylko na błędnym przekonaniu i stereotypach, które są bardzo dalekie od prawdy… Bo przecież wszędzie dobrze, ale w tirze (i to polskim) najlepiej! :)
W końcu, obładowane prezentami, na które składały się paczka ciasteczek, cały bochen chleba, dwa kilo polskich jabłek i dwulitrowy Tymbark, zaczęłyśmy łapać koło południa, gdy żar lał się z nieba. Żal nam było już opuszczać kierowców, ale w centrum czekali na nas przyjaciele, niektórzy już od dwóch dni. Czas było ruszać.

Udało nam się złapać po dłuższym czasie jakiegoś starszego Włocha w osobówce, który zawiózł nas na stację kolejową w Mestre, skąd wzięłyśmy już autobus na sztuczną, wenecką wyspę. Niestety, przez to, że nie dochodziły smsy, nie mogliśmy się z resztą porozumieć i w końcu zobaczyliśmy się dopiero pod wieczór. Jak się okazało, nikt nie miał gdzie spać, więc wszyscy nocowali na dworcu, a wraz z nimi, co najmniej 50 innych turystów, dla których zabrakło miejsc w hostelach czy hotelach. No, tak. Środek sezonu.
Śmieszna była w tym postawa policji, która zamykała wnętrze dworca koło 1 w nocy, więc wszyscy koczownicy układali się na schodach – mało tego, funkcjonariusze mniej więcej co pół godziny (z relacji Magdy), chodzili między śpiącymi, mówiąc, że tu nie wolno spać, co skutkowało rotacją o dwa metry, gdy każdy po prostu przesuwał się na inne miejsce. Dworzec ponownie otwierano przed 5, gdzie wszyscy przenosili się, by dospać ostatnie godziny.

Efektem tego było to, że z Agą zastałyśmy resztę kompletnie wymęczoną i niewyspaną. Ale najważniejsze, że znów byliśmy razem. Wolałyśmy jednak, przynajmniej na razie, nie wspominać reszcie, że przed paroma godzinami jadłyśmy pyszny, polski obiad ;)

Dłuuuga podróż: Wiedeń-Ljubljana-Wenecja 5.08-7.08 (cz.I)

1

Autor: Amber | Kategoria: Bez kategorii | Opublikowano dania 02-06-2011

Z jednej perspektywy, była to najgorsza droga, jaką kiedykolwiek przeżyłam. Ale nie ma to wielkiego znaczenia, gdy jedzie się z osobą, z którą każdy problem staje się niezłą pożywką dla żartów i z którą przychodzi ci do głowy 100 pomysłów na minutę. Taką osobą jest właśnie Aga.

Przeszkody piętrzyły się przez całą drogę, ale nie poddawałyśmy się im. Pierwszą, jaką napotkałyśmy, było utknięcie na wylotówce z Wiednia na ładnych parę godzin. Staliśmy tam w 4 pary, przy czym my byłyśmy ostatnie, co poskutkowało tym, że pod Mariborem, przed granicą ze Słowenią, po wielu perypetiach i nadrabianiu kilometrów pieszo, pojawiłyśmy się w okolicach 17:00. W sumie i tak, jak na Austrię, nie poszło źle. Cały kraj to jedna, wielka, autostopowa dziura.
Po przyjemnej podróży wygodnym autem z klimatyzacją, niczym nie zrażone, wysiadłyśmy na jakimś malutkim parkingu, co okazało się jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Jeśli miałabym podać jakąś Największą Dziurę autostopową Austrii, to to miejsce znalazłoby się zaraz po stacji na rozjazdówce w Grazie. Tyle, że tam jest to ogromna stacja benzynowa, a tu… tu była już dziura dziurzysta, gdzie zatrzymywały się tylko osobówki, po brzegi wypchane rozwrzeszczanymi dzieciakami ze sprzętem plażowym. Ech.
Około godziny 21:00, po kilku napadach głupawki, straszeniu Agi (bardzo bała się przejeżdżających za pasem awaryjnym tirów), przypominaniu sobie wszystkich, głupkowatych rymowanek z dzieciństwa i drąc gęby na każdym znanym polskim przeboju… zaczęło padać. Prawdę mówiąc, zaczęło ledwie kropić, ale zanosiło się na coś cięższego, więc postanowiłyśmy rozbić już namiot na ładnym, zielonym skwerku, koło ławeczek i wodopoju dla ptaków (po co takie coś na parkingu przy autostradzie…?). Okazało się jednak, tuż po tym, jak usłyszałyśmy z dali potężny grzmot, że w naszym, pożyczonym i tak, namiocie, pękły linki, trzymające w całości stelaż. Nie pytajcie jak, do dzisiaj nie rozwiązałyśmy tej zagadki.
Zaczęło się bardzo szybko ściemniać, w miarę napływania czarnych chmur z coraz większym deszczem. A nam wysiadły obie latarki.

Pożyczając źródło światła od jakichś turystów z osobówki (wypchanej dzieciakami, oczywiście) i przyświecając sobie komórkami, wciąż moknąć, starałyśmy się wszelkimi możliwymi sposobami naprawić linki. Z marnym skutkiem. I tu zaczęły się schody. Ja nalegałam, by przespać się w jednej z dwóch damskich toalet na parkingu, Aga natomiast wolała czatować gdzieś pod nikłym zadaszeniem poidła dla ptactwa lub pod płachtą namiotu (i tak by zmokła), i przez dobre 15 minut, odkąd otworzyła drzwi toalety, skąd buchnęły nieprzyjemne opary, nie dała się przekonać do zmiany zdania. Przekonała ją natomiast nawałnica, jaka się potem tam zjawiła.
W podskokach uciekłyśmy do ubikacji i jak już przyzwyczaiłyśmy się do panującego tam smrodu, mogłyśmy dokonać wstępnych oględzin. Podłoga najmniej zasikana znajdowała się przy drzwiach wyjściowych, koło zardzewiałego kosza na śmieci, tam też umieściłyśmy plecaki, tworząc prowizoryczną barykadę. Po otwarciu drzwi kabiny, a właściwie przy każdym jej dotknięciu, z ogromnym hukiem spuszczała się woda w zwykłej, wyłożonej aluminium dziurze w podłodze, więc dałyśmy temu spokój i rozłożyłyśmy nasze karimaty w jedynej wolnej przestrzeni, jaka tam była, tuż przy drzwiach kabiny (należy tu wspomnieć, że za każdym razem, gdy chociażby dotknęłyśmy przez przypadek drzwi od kabiny, podskakiwałyśmy na co najmniej 10 cm w górę. Nie chcielibyście być straszeni przez całą noc odgłosem takim, jak ten. Uwierzcie).
Jeśli wtedy sądziłyśmy, że poza bezowocnym stopowaniem, popsuciem się namiotu, moczeniem naszych karimat w moczu i Bóg wie czym, miałyśmy wreszcie spokój… to grubo się myliłyśmy. Po zaledwie kilku minutach, przez małe, jak się okazało, nieszczelne okienko, zaczęła przeciekać woda. Mało tego. Sufit też przeciekał w paru miejscach. Wyciągnęłyśmy więc swoje kubki i postawiłyśmy je w dwóch najważniejszych strategicznie miejscach, by pozostać suche.

Byłyśmy gotowe do spania. A właściwie, ja byłam. Aga stwierdziła, że trochę niebezpiecznie spać w takim miejscu, że pioruny (które, nawiasem mówiąc, siekły potężnie) i że nawet jest wyspana, więc będzie czuwać. Nie wiem, czy dotrzymała swojego postanowienia, ja zasnęłam zaraz po tym, jak zwinęłam się w śpiworze na karimacie. Budziłam się kilkukrotnie – wtedy, gdy Agnieszka, sycząc i potykając się o wszystko (w tym o mnie), rzucała się na drzwi, gdy tylko ktoś próbował je otworzyć.

Ranek przywitał nas chłodnym, wilgotnym powietrzem i kolejnymi trzema godzinami łapania. Okazało się jednak, że na tym samym parkingu, kilkanaście metrów dalej, pod zadaszeniem jakiegoś starego budynku, spali Arek z Beatą. Nie ma to jak spotkać się gdzieś w drodze. Tyle, że my nie zmokliśmy, a oni musieli zastawić napływającą wodę swoimi rzeczami.

Gdy tylko w końcu przedostaliśmy się przez granicę, poszło nam o wiele łatwiej. Jednak i tu nie brakowało niespodzianek. Pewien kierowca tira, Słoweńczyk, z dobrego serca, mimo naszych usilnych próśb i zapewniania, że chcemy wysiąść na stacji BENZYNOWEJ przed stolicą, zawiózł nas do samego centrum na stację kolejową. Nie dość, że zmarnowałyśmy w Austrii tyle czasu, tak teraz jeszcze nie wiedziałyśmy jak mamy się wydostać z Ljubljany. W dodatku, w drodze z zakupów (tani, pyszny chleb), złapała mnie sroga burza, gdzie w minutę przemokłam do suchej nitki.

Kochane szczęście.
c.d.n.

Eurotrip 2010-WIEDEŃ 2.08-5.08

1

Autor: Amber | Kategoria: Eurotrip 2010, Relacje | Opublikowano dania 02-06-2011

Ooookej. Po długim, długim czasie pora na następną porcję relacji.

Podczas drogi na wylotówkę z Pragi, postanowiliśmy wylosować następnego kompana podróży spośród nas. Po przetestowaniu tego sposobu kilka razy, dochodzę do wniosku, że to świetna opcja, by lepiej poznać się z pozostałymi i na pewno urozmaicić czas.

A więc moim kompanem został Radek.
Radek

Po kilku sprzeczkach, napiętych momentach, czy wręcz kłótniach, gdy w upale, zmęczeni, zostaliśmy wysadzeni tuż pod kamerą na autostradzie w Bratysławie, gdzie po paru minutach zjawiła się policja, każąc nam przeskakiwać przez dwa pasy na drugą stronę(!), dotarliśmy wreszcie do stolicy Austrii. I tutaj kolejna niemiła niespodzianka. Okazało się, że przez dwie godziny czekaliśmy na resztę na złym dworcu, a smsy nie dochodziły. Pinky

Tego samego wieczoru byliśmy umówieni z naszym hostem – Christophem i po wielu perypetiach, mniej lub bardziej zabawnych przygodach, zdołaliśmy wszyscy dotrzeć na ustalone miejsce i spotkać się z naszym, nad wyraz cierpliwym wybawicielem.

Pinky (tak go nazwałam – nie lubi różowego) okazał się barwną osobistością o równie barwnej, pomarańczowo-zielonej głowie. Zabrał nas do swojego mieszkania – ogromnego i bardzo przytulnego, w którym spędziliśmy o jedną noc więcej, niż planowaliśmy.
Jeszcze tego samego wieczoru zostaliśmy zapoznani z dance-matą do StepManii, którą później okupowała Gośka, zamęczając nas prośbami, typu: „Zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz!” oraz z incredible coffee machine, która rano pracowała non stop, dając nam kawę o tak niesamowitym smaku i aromacie, że tęskniliśmy za nią przez resztę naszej wyprawy :P
Zakwaterowaliśmy się w dwóch pokojach, a właściwie w dość sporym pokoju, który na górnej kondygnacji miał ponoć-dwuosobowe-łóżko, na którym zmieściło się nas z łatwością czwórka i w przedpokoju z ogromną, wygodną kanapą. Chyba dwie osoby wtedy wybrały karimaty i śpiwory, choć i tak dobrze, że mieliśmy dach nad głową i pozostałe wygody. Komputer z internetem do naszej dyspozycji, pralka, prysznic, łóżka, maszynka do kawy, piekarnik i mikrofalówka… czego od życia chcieć więcej?
Wien - cała eurotripowa grupa

Pinky okazał się wspaniałym przewodnikiem. Zabrał nas do najbardziej interesujących w Wiedniu miejsc (z pozycji obowiązkowych rzeczy do zwiedzenia ominęliśmy niestety zamek Schonbrunn i Prater, nie było na nie już czasu) i miał cierpliwość oprowadzać naszą niezdyscyplinowaną grupę po okolicznych zabytkach i muzeach (których w Wiedniu nie mało!). My odwdzięczyliśmy się wspólnymi tańcami na ulicach (county-polka!), śmiesznymi zdjęciami, skakaniem z pomników, śpiewaniem piosenek z Pocahontas po polsku na mieście i wieloma innymi rzeczami, których, jak powiedział z uśmiechem nasz host, nie robił odkąd był dzieckiem.
bańki mydlane Drugiego dnia, podczas zwiedzania długiej, „zakupowej” ulicy Karntner Strasse, prowadzącej do Stephans Platz i katedry, zobaczyliśmy gigantyczne, unoszące się w powietrzu bańki mydlane. Po entuzjastycznej sesji zdjęciowej okazało się, że chłopcy, którzy je robili za pomocą długich kijków od mioteł, są z Polski i zarabiają w ten sposób na wakacyjne wyjazdy.
Błażej i Marcin – bo tak mieli na imiona – zjawili się u nas wieczorem, by zjeść ręcznie przez nas zrobioną (pod dowództwem Beaty) pizzę, wypić mieszankę szampana z coca-colą i… zostali u Pinkiego przez dwa tygodnie, już dawno po tym jak my wyjechaliśmy! :)
Nauczyli nas jak robić bańki mydlane, dali przepis na zrobienie własnych kijków i na to, w jaki sposób zabawiać dzieciaki, by rodzice wrzucili nieco grosza do kartonów. Stało się to później naszym sposobem na podreperowanie budżetu, czy zarobienie sobie na prawdziwy, syty obiad w restauracji, ale o tym przy okazji następnych relacji.

Nasz pierwszy pobyt w Wiedniu minął pod znakiem wspólnych wygłupów, wycieczek z nieocenionym przewodnikiem o pomarańczowym kolorze włosów, baniek mydlanych i zwiedzaniem ulicznych artystycznych konstrukcji, malunków, performęsów. Trzeba w tym momencie wspomnieć, że od tamtej chwili  (a po eurotripie odwiedziłam Wiedeń jeszcze 2 razy), jest to dla mnie miasto sztuki nowoczesnej, mnóstwa ulicznych eventów, koncertów, happeningów, flash-mobów i niesamowitego klimatu, który nie da się z niczym innym porównać. To miasto żyje o każdej porze dnia i nocy, a mieszkający w nim ludzie, przeważnie młodzi, dbają o kulturalny wizerunek miasta. Niech nie zdziwią was przebrane za krzesła czy ogromne, pluszowe kwadraty osoby, które będą z wami chciały zatańczyć na ulicy.

Każdy, kto powie mi kiedyś, że podróżowanie jest drogie i niebezpieczne, zostanie wyśmiany. Jadąc autostopem, korzystając z CouchSurfingu i zachowując podstawowe zasady bezpieczeństwa i zdrowy rozsądek, można spędzić kilka dni, np. w Wiedniu, płacąc jedynie za chleb, pasztet i składniki do pizzy (woda pitna jest za darmo – na ulicy ze studzienek, z kranu w mieszkaniu…), za cenę sto razy mniejszą, niż z jakiegoś biura podróży. A przy tym ile przygód! Przyjaźnie na całe życie, niesamowite wspomnienia i prócz tego jest się panem własnego czasu ;)

Ja na punkcie Wiednia zakręciłam się totalnie.

Kilka słów o… CZECHACH

4

Autor: Amber | Kategoria: Poradniki, Smile! Just for fun | Opublikowano dania 24-11-2010

Pierwsze skojarzenia: zamek na Hradczanach, Brno, które jest po drodze do wszystkiego, Franz Kafka, kameralne teatry, Absynth, kolorowe kamienice, tanie pociągi, ogólnie tanio.

Autostopem: do Pragi beznadziejnie się jedzie od strony Katowic, przez Cieszyn i Brno – długo, nieefektywnie, można utknąć w takim Frydek Mistek i już po nas. Chyba, że trafi się na tira, który jedzie drogą tranzytową. Takich szukać na przejściu granicznym w Cieszynie. Bardzo dobre połączenie z Wrocławia przez Kłodzko.
Z Pragi o wiele lepiej jedzie się na południe, oczywiście przez Brno.
Inne wskazówki: nie mówić po polsku „szukam drogi” :D

W Pradze jest masa turystów, ulicznych karykaturzystów, sprzedawców i straganiarzy. Poza nią jest już o wiele kameralniej. Czesi są bardzo mili i uczynni, ale dorośli rzadko znają angielski. Nie bądźcie natomiast zdziwieni otrzymaniem kwiatka, czy rogalika na ulicy. Studenci tam chyba nigdy w wolne wieczory nie zostają w domach, spotkają się z przyjaciółmi w pubach.
Wydaje się, że nasi południowi sąsiedzi mają o wiele lżejsze podejście do życia. Podróżując przez Czechy odniosłam wrażenie, że nie przejmują się wszystkim tak jak my. Ciekawostką jest, że rozumieją nasz język o wiele lepiej, niż my ich.

Jeśli chodzi o drogi- tych brakuje. Autostrad nie ma wiele, jeśli ktoś chce z nich zboczyć, musi się przygotować na ciężką przeprawę przez siatkę miast, miasteczek i wsi, z których trudno się czasami wydostać.

Średni czas potrzebny do przebycia trasy Praga-Brno-Bratysława (przy normalnych warunkach pogodowych): 6-8h.

Będąc w Pradze na pewno warto spróbować oryginalnego Złotego Bażanta i pójść wieczorem na Hradczany (cudne, zielone latarnie!). Warto też zagłębić się w aromatycznie pachnące uliczki i spróbować lokalnych wypieków lub wybrać się do małych sklepików z ręcznie robioną odzieżą i innymi klamotami – dla większości kobiet istny raj, a i mężczyźni mogą wyszukać dla nas różne cudeńka ;) . Polecam zwrócić uwagę na takie osobliwości, jak pomnik Kafki bez głowy oraz instalację z kluczy – jeśli masz jakieś niepotrzebne, możesz je tam przyczepić. I obowiązkowo w lecie ogród różany i punkt widokowy na szczycie wzgórza, gdzie znajduje się mini Wieża Eiffla.

Z mojego projektu „Smile! Just for fun”

Czyli… „Przepraszam, czy mogę zrobić zdjęcie twojego uśmiechu?” Pozytywne, zakręcone chwilę, masa poznanych osób, jeszcze więcej Uśmiechów. Kolekcjonuję je z całej Europy ;) . Wszystkie zdjęcia przedstawiają osoby przypadkowo spotkane na ulicy.



Masz jakieś doświadczenia z podróży po Republice Czeskiej? Podziel się! Zapraszam do komentowania.

Eurotrip 2010-PRAGA 28.07-2.08 (cz.II)

3

Autor: Amber | Kategoria: Eurotrip 2010, Relacje | Opublikowano dania 22-11-2010

Podczas pobytu w Pradze zwiedzaliśmy ile tylko się dało za darmo. Były więc Hradczany, mini Wieża Eiffla, ogród różany, stadion, „Tańczący Dom”, Most Karola, a prócz tego pomniki, fontanny, synagogi, modern art, kościoły uroczyska przy Wełtawie, kilka koncertów folklorystycznych i wieeele spacerów pomiędzy klimatycznymi kamienicami. Jednego tylko żałuję – że nie skusiłam się na muzeum tortur…

W Czechach wszyscy nauczyliśmy się tanich zakupów. Mam na myśli TANICH. To tam odkryliśmy, że jeśli wokół brak Lidla lub Tesco, najtańszym marketem jest Billa, i że najtańszym możliwym pieczywem jest chleb tostowy (który był naszym podstawowym wyżywieniem przez całość wyprawy…), a czymś najtańszym do pieczywa jest jakiś wątpliwej jakości jogurt. Potrafiliśmy w sklepie spędzić 45 minut na wybieraniu najtańszych produktów, szperaniu w promocjach, przecenionych pomidorach i innych takich… Nie zapomnę nigdy 1,5 l.wody mineralnej, kupionej za 6 czy 7 koron. W Pradze zaopatrzyliśmy się więc na dalszą podróż, a plecaki zyskały około 2 kg do wagi :D

U Beth spędziliśmy dwie noce. Ja nawet spałam na łóżku! W tym czasie każdy z nas przekonał się, że Maja to naprawdę urocza psinka – potrafiła w ciągu kilku minut od każdego wyżebrać jakiś smakowity kąsek. A jeśli już o jedzeniu mowa…
Ostatniego wieczoru przygotowaliśmy wspólną kolację – mega wypaśne naleśniki, w skłąd których wchodził budyń czekoladowy, bananowy, bita śmietana i… dojrzałe śliwki, których ze 2 kilogramy zebraliśmy z jakiegoś drzewka, rosnącego sobie przy chodniku w centrum miasta. Aż dziw, że nikt ich nie zbierał!
Tego samego wieczoru graliśmy jeszcze w „Mafię” przy „zielonej muzie”, czyli absyncie. Mocne to cholerstwo i w dodatku obrzydliwe… całe szczęście, że nie próbowałam wersji z pływającymi robakami w środku, a fuj!

Ostatniej nocy postanowiliśmy przetestować nasze namioty. Poszliśmy więc razem na wypróbowaną już przez Beatę i Radka „wyspę” (przyjechali dwa dni wcześniej) i… spotkaliśmy po drodze dwóch chłopaków z Niemiec. Zapytali nas wprost, czy idziemy się rozłożyć w parku i czy mogą u nas przenocować. Po długich dyskusjach i argumentach za i przeciw, zdecydowaliśmy, że zabieramy biedaków. Kto mógł przewidzieć, że chłopaki mieli z sobą rum, kilka piw, my absynt no i tak impreza się rozkręciła, że przegadaliśmy calutką noc, a ja zdrzemnęłam się wtedy może z 20 minut przed budzikiem. Ale za to widziałam przepiękny wschód słońca nad rzeką i komary pogryzły mnie jak nikogo innego. I nauczyłam się niemieckiego łamańca językowego (choć cały czas mylę końcówkę)!

Rano było nam smutno opuszczać Pragę, ale czas było ruszać w drogę. A więc Mendoza na plecy, Jacky na szyję i „I’m Yours” w uszach ;)

Eurotrip 2010–PRAGA 28.07-2.08 (cz. I)

1

Autor: Amber | Kategoria: Eurotrip 2010, Relacje | Opublikowano dania 09-11-2010

- My naprawdę to robimy? Nie mogę uwierzyć.
- Ja też…

Dzień później, niż to było planowane, a więc 29 lipca, w trzy dni po moich dwudziestych urodzinach, ja i Madzia-emil ruszyłyśmy do Pragi. Było już późno, bo na wylotówkę z Katowic trafiłyśmy koło 15:30 – głównie przeze mnie. Świadomość, że ruszam autostopem na miesiąc w Europę, zaczęła mnie przerastać. Przedłużałam w nieskończoność moment opuszczenia bezpiecznego domu, tego co pewne i stałe. Trochę się bałam. Choć może bardziej obawiałam się, czy organizacyjnie wszystko wypali, czy sprawdzę się w swojej roli – pomysłodawcy i organizatora tej wyprawy, przecież nie miałam doświadczenia!

Pierwszego złapanego stopa nie zapomnę do końca życia. Stałyśmy może z 20 minut, w miejscu, gdzie boczna droga włączała się do autostrady. Zero pobocza, stałyśmy w jakichś chaszczach. I tylko wyciągnięty kciuk, tabliczka z napisem „CIESZYN” i uśmiechy mówiły o tym, że nie jesteśmy niespełna rozumu (bo autostopowicze to najmądrzejsi ludzie na świecie ;) ).
Zatrzymał się jakiś samochód. W nas panika! Co zrobić, jak wsiąść, co… O, bogowie!
Madzia była już w środku, aja nie potrafiłam otworzyć bagażnika. Byłam już bliska obłędu, gdy zdenerwowany tym kierowca zaczął ruszać. Sznureczek zablokowanych aut za nim trąbiło, ale mnie w końcu się udało. Wpakowałam Mendozę* do środka i sama usiadłam na tylnym siedzeniu, obok Magdy. Kierowca okazał się inteligentnym mężczyzną sukcesu, poliglotą. Zawiózł nas do Tychów, gdzie już błyskawicznie złapałyśmy tira. I potem jakoś się pokręciło, aż do Brna…

W Brnie zastał nas już późny wieczór, więc postanowiłyśmy spędzić noc na tamtejszej stacji benzynowej. Zaczęło padać. Nie zrażone tym, rozłożyłyśmy namiot, zapakowałyśmy się do niego i już smacznie zasypiałyśmy, gdy obudziła nas… woda.
Nie będę opisywać tego, co działo się w nocy… Z samego rana, mokre i zziębnięte wylałyśmy jezioro z namiotu i przeszło dwie godziny suszyłyśmy nasze rzeczy w suszarce do rąk. Później, w deszczu, znów łapanie stopa i…

PRAGA!

Miasto powitało nas ogromnym bilbordem McDonaldu. Potem było szukanie stacji metra, dojechanie Hlavi Nadrazi i… spotkanie z naszą eurotripową ekipą! :)

Pierwsze spotkanie i suszenie rzeczy po deszczu

To było niesamowite… Widzieliśmy się pierwszy raz w życiu i mieliśmy świadomość tego, że spędzimy ze sobą najbliższe kilka tygodni. I będziemy zdani tylko na siebie. 100% zaufania = 100% dobrej zabawy. I tak też było.

Praga w tych dniach była upalna, słoneczna i mienia się wielobarwnymi korowodami folklorystycznymi, bo w tych dniach do stolicy Czech przybyły dziesiątki zespołów z całego świata, by tańcem, śpiewem i występami świętować i zabawiać przechodniów.
Wszystkich urzekły Hradczany, błyszcząca w słońcu Wełtawa, wszystkie czeskie barwy i zapachy. Nikomu natomiast nie smakował sławny Absynth.
Cała grupa miała załatwione noclegi z Couch Surfingu. Ja, wraz z pięcioma osobami, spaliśmy w akademiku u Beth – uśmiechniętej studentki filologii czeskiej i finlandzkiej, właścicielki cudownego pesa o imieniu Maja.

"Tyle słońca w całym mieście..."

Bardzo szybko okazało się, że Praga urzeknie nas sławnym Mostem Karola, kolorowymi kamieniczkami, bezchmurnym niebem, z którego lał się żar… Nigdy nie zapomnę wycieczki pod małą Wieżę Eiffla, do ogrodu różanego oraz piknika na jednej z ławeczek w miejskim parku, na której pałaszowaliśmy arbuza.

C.D.N.

Most Karola, kataryniarz

Praski zegar

chłopczyk z flagą Francji

Ahoj, przygodo!

1

Autor: Amber | Kategoria: Bez kategorii | Opublikowano dania 04-11-2010

Jak to się zaczęło? Trudno powiedzieć, czy od pierwszego złapanego stopa na trasie z Katowic do Tychów, czy od pierwszego zabookowanego biletu z WizzAir.
Tak naprawdę… myślę, że zaczęło się to wiele wcześniej – gdzieś pomiędzy momentem, gdy przykładałam głowę do poduszki, a dzwonkiem budzika – wtedy lubiłam śnić o wielkich, często dalekich podróżach, wspaniałych miejscach i odkryciach. To trochę naiwne i dziecięce, ale dało mi podstawy do marzeń, a później cele, które chcę osiągać.

Jedno tylko, po tych kilku miesiącach wyjazdów, się nie zgadza. W moich snach zawsze widziałam miejsca: wspaniałe miasta, monumentalne budynki, klimatyczne uliczki, drapacze chmur, wreszcie dziewiczą przyrodę, góry i nieprzebrany, gęsty las. Teraz, gdy wspominam to wszystko, czego doświadczyłam, widzę ludzi. Konkretniej osoby, dzięki którym przeżyłam niezapomniane chwile  i bez których moje podróże (małe i duże ;) ) nigdy nie byłyby tak wspaniałe i ciekawe. Bo dla mnie to drugi człowiek nadaje sens podróżom i przygodom życia.

Dziękuję, że jesteście. I dziękuję, że ja mogę być.